[muzyka] Body Count „Bloodlust”

Dożyliśmy ciekawych czasów, w których o braku szacunku, zaniku wartości, narastającej nienawiści, roszczeniowości mówi nam bandzior i jego muzyczny gang z muzyką ostrą jak brzytwa i ciężką niczym młot parowy.

Czekanie na samolot ma swoje plusy. Siedzę w kąciku poczekalni Stavanger Airport i słucham nowego BodyCounta. Jest jeszcze cicho i czuję się jakbym siedział w zamkniętym na noc supermarkecie. Wiem, że dziesięć, piętnaście minut wpadnie tu głośna grupa moich współpasażerów, który boleśnie przypomni mi, że…


…Brakuje nam nowych bohaterów. NIe ma nikogo, kto głośno powie to, o czym większość myśli po cichu. Na próżno wyczekujemy rewolucjonisty w świecie, w którym bunt jest wkalkulowanym w budżet elementem promocji.

Za wypiskiwanymi na ściankach eventów komunikatami nie stoi nic – żaden życiorys, żadne działanie. Nic, co pociągnęłoby nas za sobą.

W takiej sytuacji powrót starych bohaterów jest niemal jak jutrzenka odnowy. I choć zmęczeni, zgorzkniali i rozczarowani, uprzedzeni do ludzi i świata, pełni ledwo zagojonych ran, potrafią zebrać się w sobie i przypieprzyć ten ostatni raz. Tak, bo podświadomie czekamy na kogoś, kto ustawi nam kompas, przygotuje tę bazę, na bazie której można budować swoje życiowe wybory.

Bez ściemy. Bez ukrywania mrocznej strony. Bez przyjebania prawdą między oczy, aż kość chrupnie, bo takie mamy czasy. Jeśli prosisz, dostajesz w łeb. Dlatego musisz powiedzieć to samo, ale inaczej. Aż chrupnie. Może wtedy jeden z drugim ochłonie i zastanowi się co wyprawia. Na fejsie, w pracy, w życiu.


Jaki jest Ice – T wie każdy, kto ma jako taką wiedzę o muzyce. Kto nie wie, niech wstydzi się, bo nie znać artystów stanowiących fundament ciężkiej muzyki (i niekoniecznie myślę tu o metalu) jest nawet nie grzechem. Głupotą.

Można się zżymać, że BC muzycznie zostali tam gdzie byli zawsze. W brutalnym, mięsistym, masywnym muzycznym getcie, w którym rządzi ich herszt Ice -T. Że poza rytmicznie wypluwanymi z siebie bluzgami ten zespół tak naprawdę nic nie potrafi. Tak?

Nie trzeba być nie wiem jak wykształconym wirtuozem, by stworzyć jeden z lepszych album rocku.

Wystarczy robić to szczerze. Jakby od każdej twojej piosenki zależało czyjeś życie. Muszę widzieć napięte do granic możliwości żyły na twoje skroni, by ci uwierzyć. Muszę czuć, że chcesz mnie rozpierdolić, zmielić i wypluć mentalnie. Bo wtedy uwierzę Ci. Nie interesuje mnie li tylko słowny przekaz napisany przez jakąś copywriterską ciotkę, która w internecie sprawdzi, jak być zajebistym rebelem. Przecież za pół roku będziesz słodziaczkiem, kto to sprawdzi. No nie, kurwa.

I choć podszedłem z dystansem do „Manslaugthera”, poprzedniej płyty BodyCounta, którą wciąż oceniam jako trochę cyniczną zagrywkę (opinia na temat tej płyty TUTAJ), to z perspektywy czasu oceniam ją jako potrzebną. No chłopaki musieli wrócić, musieli przywrócić to, z czego byli znani. By nie zostali wykpieni na zapas. Ok, rozumiem, rozgrzeszam.

„Bloodlust” jest prawdziwą jazdą bez trzymanki. I muzycznie i tekstowo. Mamy szaleńcze tempa, no po prostu prawdziwą petardę w „Walk With Me” ( gościnnym udziałem wokalisty Lamb Of God, Randy`ego Blytha, a przecież w kolejce czeka Max Cavalera) , po wysłuchaniu którego masz ochotę ruszyć z kopyta i zgnieść każdego, kto tylko krzywo na ciebie spojrzy.

Zresztą płytę świetnie otwiera „Civil War”, w którym w stylizowanym na komunikat radiowy Dave Mustaine (jeden z gości oraz legenda metalu, założyciel i wokalista Megadeth) wygłasza komunikat, że Ameryka jest w stanie wojny domowe, a każde zebranie dwóch lub więcej osób zostanie uznane za nielegalne, zdrajcy zostaną zastrzeleni. To ustawia całą płytę i przyznam, że skutecznie, a jest przy tym naprawdę wnikliwą obserwacją obecnej sytuacji politycznej w US&A. Choć, czy na pewno tylko tam?

W końcu segregacja rasowa, czy klasowa nie jest nam szczególnie obca, prawda? Przecież doskonale znamy tę poprawność polityczną, która oficjalnie każe nam uśmiechać się, widzieć tylko pozytywy, rozpływać się nad biednymi, gorzej wykształconymi, tym którzy z różnych względów wpadli w bagno. A w skrytości ducha zaciskać pięści w oczekiwaniu na hasło do ataku.

Ot chociażby do ataku na tych, którzy bezmyślnie kreują w social mediach siebie jako wiecznie uśmiechniętych, bogatych i wolnych od trosk. Nie myślących, że pewnego dnia mogą stać się obiektem ataku. Nikt nie lubi afiszowania się swoim fałszywym bogactwem. To się mści.

I o tym właśnie mówi BodyCount. Rapuje, krzyczy, a jego niemal namacalny gniew, wręcz nienawiść do tego co się dzieje jest aż lepki. Myślę nawet, że gdzieś w tych utworach przebrzmiewa jakaś nienawiść do samego siebie. Za tę mroczną stronę. Za tę destrukcyjną aurę. A może za tę przesadną przemoc rozsadzającą tę płytę? Wystarczy przecież posłuchać „Black Hoodie”, czy „Ski Mask Way”. A może to po prostu moje rojenia towarzyszące słuchaniu płyty?

„When someone hurts me I want revenge. I want him in pain. I want him dead”. To słowa z „Bloodlust”. I powiem, że jestem zafascynowany tym numerem. Świetnie zagrany, kapitalne tempa, roznoszące wręcz, gęste jak smołą riffy i ten głos Ice`a. I ten tekst.

Hm, Czy pisanie o płycie podczas jej równoczesnego słuchania jest ok?

Ta płyta naprawdę porywa. Napełnia cię energią, która w zależności od tego jak ukierunkowana musi przynieść efekty. Albo coś stworzy, albo rozniesie w pył. „Bloodlust” nie bierze jeńców. I o to chodzi w muzyce, prawda?

Dożyliśmy ciekawych czasów, w których o braku szacunku, zaniku wartości, narastającej nienawiści, roszczeniowości mówi nam bandzior i jego muzyczny gang z muzyką ostrą jak brzytwa i ciężką niczym młot parowy.

Na koniec mała rada: poważnie zastanówcie się, zanim włożycie tę płytę do samochodowego odtwarzacza.

„Bloodlust” jest bez wątpienia jednym z ważniejszych albumów 2017 roku.

Przemek Saracen

Po więcej zapraszam do siebie ------> www.MojCodziennik.pl
Trwa ładowanie komentarzy...